Archiwa kategorii: Relacje z frontu

Mikołaj w terenie – nie pytajcie gdzie ani kiedy

Długo zastanawiałam się, czy którekolwiek z tych materiałów powinnam udostępniać. W końcu po konsultacji z kilkoma osobami i prześledzeniu zawartości, dostajecie wersję skróconą.

Nie pytajcie gdzie, ani kiedy były robione. Daleko. To jedyna odpowiedź jakiej mogę Wam udzielić. W sumie – nie. Mogłabym Wam powiedzieć dużo więcej, ale to jedyna, którą chcę się z Wami podzielić. Przy czym zostawiam opis i krótkie wyjaśnienia, żeby pominąć etap pytań w komentarzach.
– nie zamazujemy twarzy osób na zdjęciach i filmach. Ci ludzie wiedzą co robią, nie są to nagrania z ukrytej kamery i to ich decyzja, że chcą się na tych materiałach zaprezentować. Ja tą decyzję szanuję, niezależnie od tego, czy Wam się to podoba, czy nie.
– określenie „taktyczne” jakie pojawia się w filmiku, odnosi się do takich rzeczy jak: zapasowe podkoszulki, bluzy, spodnie, latarki -> wszystko to, co nie mieści się w kategorii spożywczej, czy medycznej, a NIE jest sprzętem militarnym.
Dlaczego w ogóle się pojawiają? Żył ktoś z Was kilka tygodni w lesie, bez dostępu do cywilizacji i musiał poruszać się nocą? Wyobrażacie sobie nie mieć przy tym własnego źródła światła w postaci choćby małej, ręcznej latarki, żeby znaleźć coś w plecaku? Albo czy ktoś z Was siedział na biwaku w jednej koszulce przez 2-3 tygodnie? Fajnie? Niekoniecznie… A Ci ludzie siedzą w okopach już któryś tydzień. W lesie. Tak po prostu. Nie ma prądu, nie ma pralki, brakuje wody do picia, nie wspominając o jakiejkolwiek przepierce. Nie mają dostępu do magazynów, bo miejscami standardowe dostawy są przerwane.

Mikołaj to dowódca konwojów z dużym doświadczeniem i jeszcze większej odwadze. Od początku tej fazy wojny (dla wyjaśnienia, nie, nie zaczęła się w lutym, trwa już kilka lat) jeździ w najtrudniejsze i najdalsze rejony w jakie można się dostać. Z prywatnej zbiórki i swoich oszczędności zakupił samochód terenowy, który pozwala mu dostać się w miejsca, gdzie nawet wojskowy transport nie dojeżdża. Często przedziera się przez tereny pod mocnym ostrzałem. Jeździ przez lasy, przekracza potoki, żeby ominąć rejony kontrolowane przez wroga. Wszystko po to, żeby dostać się do ukraińskich żołnierzy, dla których miejscami jest jedyną nadzieją. Wozi ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy: rzeczy medyczne, jedzenie, wodę, czasem naprędce zorganizowane czyste ubrania (koszulki, bluzy, spodnie, kurtki mundurowe – co uda mu się zdobyć). W drogę powrotną zabiera rannych. Żebyście mieli pełny obraz sytuacji: grad sypie się gęsto, tam nie ma szpitali, lekarzy, są co najwyżej medycy udzielający pierwszej pomocy, którym i tak już dawno skończył się zapas środków opatrunkowych, brakuje apteczek.
Wstawka:
Na najbliższym bazarze, Mikołaj zakupił (poza jedzeniem i medykamentami): 50 podkoszulek, 10 kompletów spodni + bluza, 5 panemek. Dlaczego tam? Ponieważ na front stamtąd jest 3h jazdy.
Trwają rozmowy z producentem podobnych rzeczy, żeby dowieść chłopakom większą ilość. Trzymajcie się tam!

Są ranni. Niektórzy bardzo ciężko. Mikołaj zawozi ich do najbliższego czynnego szpitala. Nie wszyscy dają radę. Dla niektórych pomoc przybywa i tak zbyt późno. Mówi się o liczbach, zabitych i rannych żołnierzach. Tylko czy ktokolwiek z Was miał na rękach umierającego człowieka? Ktokolwiek był przy nim i dawał z siebie wszystko, żeby tylko dowieść go na czas do szpitala, żeby mogli go uratować? Ktokolwiek patrzył, jak odchodzi?…

To trzeci miesiąc, jak Mikołaj jeździ na wschodzie. Nie, nie wraca już za każdym razem do Polski. Wozi na okrągło zaopatrzenie i przywozi rannych. Odwozi ich do szpitala, jedzie kawałek dalej na najbliższy, czynny bazar, kupuje co może (mimo, że ceny są dużo wyższe) i wraca na front. Co kilka tygodni przyjeżdża do Polski, żeby naprawić samochód i zabrać większe ilości zaopatrzenia. Czasami ktoś mu dowozi medykamenty, które ma na liście zapotrzebowania, a nie jest w stanie ich dostać na miejscu. Tak w kółko. Od trzech miesięcy. Jest jednym z tych, którzy zostali. Po takim czasie, obcując z grozą wojny, widząc wokół siebie tragedię i rozpacz ludzi, którzy stracili najbliższych w okropny sposób, można się albo załamać (wtedy kończysz pracę i wracasz na bezpieczną stronę granicy), albo znaleźć sposób zdystansowania się. Dla wielu jest to humoreska. Zgodnie ze starym powiedzeniem, że w niektórych sytuacjach można się albo śmiać, albo płakać. Osobiście cieszę się, że Mikołaj nie stracił hartu i pogody ducha. Jeśli tylko pozwalają mu one przetrwać i dalej brnąć w tą gigantyczną, heroiczną pracę jaką wykonuje, to mogę mu tylko gratulować.

Niech nikt z Was nie waży się nawet krzywo spojrzeć na osoby, które są i działają TAM, niosąc pomoc, a podchodzą z dystansem i śmiechem do otaczającej ich rzeczywistości. Nie macie tego prawa. Nie macie prawa ich osądzać. Dopóki nie przejdziecie tego co oni. Niezależnie od tego, czy chodzi o Mikołaja, czy kogokolwiek innego.

Po takim wstępie mam nadzieję, że zrozumiecie mój przekaz.

UWAGA! Na filmach pojawiają się słowa niecenzuralne. Jeśli Ci to przeszkadza – zrezygnuj z dalszego przeglądania tej relacji.

Mikołaj na pozycjach bojowych. Zaopatrzenie przywiezione, teraz po rannego.

Tak wygląda trasa, jaką trzeba pokonać, żeby dostać się na miejsce.
Iiiiiiii tak… przygodna rakieta, która jakimś cudem spadła obok samochodu i nie rozerwała wszystkich wokoło na strzępy, też się czasami napatoczy.

Po drodze trzeba się przepakować. Dalej dojedzie już tylko samochód terenowy. Reszta trafi do bliższej jednostki.

 

Bluzy mundurowe zakupione przez Mikołaja oraz buty za kostkę dla chłopaków, przywiezione z Polski. Jakieś 3 godziny jazdy od linii walki, można trafić na bazarze ubrania w malowaniu wojskowym. Nie pytajcie dlaczego. Tak po prostu jest.

Medycyna pola walki – głównie. Plus kilka plecaków dla medyków, żeby mieli to w czym nosić na froncie.

Relaksujący spacer w otoczeniu zieleni, przy dźwiękach przelatujących nad głową pocisków.

A tak wygląda miejsce, gdzie taki pocisk trafi. Trzeba mieć stalowe nerwy, żeby ze świadomością faktu, że następny może trafić w Ciebie, siedzieć tam tygodniami.

Zwierzęta też mają źle. Zagubione psiaki szukają schronienia i wsparcia u ludzi, których znajdą.

Tak wygląda jazda, jeśli chcesz dostać się TAM.

Losy Mikołaja możecie śledzić na jego Instagramie (Mikołaj Krawiecki – Instagram)
Jeśli zobaczycie go gdzieś na trasie – nie ważne gdzie, czy w mieście, czy na drodze, czy w Ukrainie, czy w Polsce, zatroszczcie się o niego proszę. Jak jest zawalony pracą i w ferworze akcji, kanapka na drogę to dobra rzecz. Jak gdzieś nocuje w samochodzie, albo kątem w opuszczonej saunie, załatwcie jemu i reszcie ekipy jakiś ciepły obiad o ile zdołacie. Przypilnujcie, żeby zadbał też o siebie, bo jedzie na oparach energii, a ta i tak jest przesyłana od Was. Wasze wsparcie niezwykle dużo daje i nie tylko to materialne, ale też Wasza akceptacja wyrażana w prostych słowach uznania.

Mimo, że pokazuję głównie Mikołaja, pamiętajcie proszę, że on nie jeździ sam. Za takimi wyjazdami stoi szereg ludzi, którzy na różnych etapach i w różny sposób przyczyniają się do sprawnego funkcjonowania całej operacji. Między innymi Wy – którzy wspieracie nas materialnie. Przez wsparcie finansowe, rzeczowe, czy organizacyjne. W imieniu całego zespołu serdecznie Wam dziękuję i nadal proszę o wsparcie. Wojna się nie skończyła, mimo, że jesteśmy wszyscy potwornie zmęczeni. Działamy dalej. Nie zapomnijcie o nas.

Szereny

10 maj 2022 Mikołajów – wspólna akcja z Zakonem Maltańskim i Community Development

Cześć,
Cieszę się, że jesteście nadal razem z nami. Bez Was i bez innych organizacji, które nas wspierają, nie dalibyśmy rady. Tu przykład współpracy z Zakonem Maltańskim, z którym nasze drogi przeplatają się od dawna, a ostatnio coraz częściej oraz Organizacji NGO Community Development, z którą również współpracujemy. Wszyscy mamy jeden i ten sam cel: niesienie pomocy na Ukrainie tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna.

Żeby nie było wątpliwości, przekazuję słowa zamieszczone na oficjalnym profilu obwodowej administracji wojskowej w Mikołejewie, która zajmuje się logistyką tam na miejscu i rozdysponowuje przywiezione dary wśród mieszkańców.

Szereny

„Do Obwodu Mikołajowskiego dotarł ładunek pomocy humanitarnej od przyjaciół Ukrainy z krakowskiej organizacji Fundacja „Historia Vita”.

Od 24 lutego Fundacja zwróciła się ze swoją działalnością oraz skoncentrowała wszystkie swoje siły na pomocy regionom Ukrainy najbardziej dotkniętym przez wojnę oraz ewakuacji uchodźców do Polski.

Dzięki współpracy z polskimi darczyńcami, a także ukraińskimi i międzynarodowymi organizacjami, takimi jak Zakon Maltański czy Organizacja NGO Community Development, Fundacja „Historia Vita” dostarcza do ukraińskich miast i wsi naprawdę potrzebne rzeczy: żywność, karmę dla zwierząt, śpiwory, środki higieny, leki.

Obwodowa administracja wojskowa Mikołajowa jest szczerze wdzięczna za pomoc w tym trudnym dla Ukrainy czasie.”

Link do oryginalnego postu:
Facebook – oryginalny post z Mikołajewa

 

Mikołajów i problem braku wody, czyli relacja Tomka i opowieść Nastii

Dzięki Wam, nadal wozimy zaopatrzenie na wschód Ukrainy – do najbardziej potrzebujących. Wśród ludności cywilnej są dwa, najważniejsze, palące problemy: żywność i woda. Tomek jest jednym z tych kierowców, którzy od dwóch miesięcy jeżdżą na wschód. Jak wiecie, właśnie wrócił i się kuruje. To relacja z jednej z ostatnich jego tras – do Mikołajewa. Razem z Nastią opowiada, jak wygląda tam teraz życie.

Tłumaczenie na język polski poniżej.

Tomasz: W Mikołajewie chcielibyśmy powitać Was słowami „dobroho ranku”, co znaczy „dzień dobry”. Chcielibyśmy, ponieważ powitanie to dziś jest niekoniecznie adekwatne. Mikołajów znajduje się pod ostrzałem, spadają bomby, a nawet teraz można usłyszeć odgłosy artylerii. To duże miasto nad Morzem Czarnym, zaledwie 130 km na wschód od Odessy, przed wojną zamieszkiwane przez pół miliona mieszkańców. Dziś pozostało ich w przybliżeniu 300 tysięcy, mierzących się z kryzysem humanitarnym spowodowanym m.in. odcięciem od bieżącej wody. Rosjanie niszczą lub zatruwają wodociągi, odmawiając ich naprawy. Chciałbym przedstawić Nastię, liderkę lokalnych wolontariuszy, i poprosić o opisanie sytuacji w mieście.

Nastia: Ostatnimi czasy jest bardzo głośno. Każdego dnia słyszymy odgłosy walk i uderzenia rakiet. Uderzenia w cele cywilne. Zatrważające jest to, że rakiety mogą nadlecieć praktycznie z każdej strony. Nikt żywy nie jest tu bezpieczny, to przerażające. Prawie wcale nie śpimy, żyjemy w piwnicy. Wraz z moją rodziną pomagamy innym jako wolontariusze już od dwóch miesięcy. Od wybuchu wojny wspieramy naszych żołnierzy oraz szpitale. Docieramy z pomocą do zwykłych mężczyzn, kobiet i dzieci, zaopatrując ich w jedzenie, środki higieny oraz leki. W naszym mieście wszystko jest zamknięte, żaden sklep nie działa, nie ma pracy, nie ma leków w aptekach. Zasadniczo z przedwojennego życia nic już nie zostało. Jest nam bardzo trudno, ale pozostajemy w kontakcie z ludźmi na granicy, skąd dociera do nas najpotrzebniejsza pomoc. Pięknie dziękujemy za pomoc humanitarną. Jest wielu wolontariuszy takich jak Wy, przyjeżdżających zarówno z Odessy, jak i Lwowa. Wasza pomoc jest nieoceniona, a nasi ludzie są za nią bardzo wdzięczni. Prosimy, nie ustawajcie w niesieniu pomocy, ponieważ sytuacja w naszym mieście stale się pogarsza.

Jutro świętujemy Wielkanoc. Mimo świątecznego czasu, przygotowujemy się na uderzenie. Mamy nakaz pozostania w schronach, na zewnątrz panuje permanentny stan zagrożenia. Z rosyjskich rozmów przechwyconych przez ukraiński wywiad wynika, że wróg przygotowuje atak rakietowy w Niedzielę Wielkanocną, a same rakiety „przyozdobione” będą napisem „Chrystos Woskres” – Chrystus zmartwychwstał, co jest naszym tradycyjnym pozdrowieniem wielkanocnym. To takie bezbożne i poniżające.

Robimy co w naszej mocy by ewakuować stąd jak najwięcej ludzi, jednakże wielu decyduje się pozostać. Oni nie mogą opuszczać swoich rodzin i dobytków, nie chcą porzucać domu i swojej ojczyzny. Ja i moja rodzina również nie zamierzamy opuszczać miasta. Pozostanę tu aż do ostatecznego zwycięstwa Ukrainy. Ukraina przezwycięży wszystko. Chwała Ukrainie, dziękujemy że stoicie u naszego boku. Dziękujemy za wsparcie i wytrwałość, dziękujemy że nas nie opuszczacie.

Tomasz: Dziękuję. Fundacja „Historia Vita” z Krakowa w Polsce dociera z pomocą humanitarną gdziekolwiek jest ona potrzebna, przemierzając całą Ukrainę. Zjednoczmy się i pomóżmy tym ludziom przetrwać. Pomóżmy im wygrać tę niesprawiedliwą wojnę tak, abyśmy na naszych własnych ulicach nie musieli pewnego dnia oglądać takich obrazów jak te w Mikołajewie. Chwała Ukrainie!

Nastia: Chwała bohaterom.

Jeśli chcesz pomóc – dołącz do naszych wolontariuszy zdalnie, na miejscu w Przemyślu, albo w trasie, jako kierowca lub wspomóż nas finansowo, żebyśmy mogli jeździć dalej i tankować samochody wożące zaopatrzenie na Ukrainę.

Planeta Abstrakcja i wspólny wyjazd do Saltovki i Charkowa

Ja wiem, że chcecie relacji. Chcecie wiedzieć co się dzieje. Jesteście z nami wszystkimi po tej i tamtej stronie granicy. U nas, w Fundacji, mamy za mało ludzi do wszystkiego patrząc na ilość wykonywanej pracy i gigantycznych potrzeb. Do publikowania relacji, żeby dawać Wam znać na bieżąco – też. Zwłaszcza, jak ktoś wypada na kilka tygodni przez chorobę (tym razem mnie dopadło i stąd długa przerwa).
Dlatego polecam i linkuję film Planety Abstrakcja. Razem z Wojtkiem i Przemkiem stworzyli świetną ekipę i dotarli tam, gdzie nie dochodzi prawie żadna pomoc humanitarna. Przy tym nakręcili wspaniałą i wzruszającą relację, która rzeczywiście oddaje realia i to, co dzieje się teraz na Ukrainie.

Szereny

Niezwykły samochód i 12 000 km – relacja Tomka z Ukrainy

Dziś oddaję głos jednemu z kierowców, których poświęcenie po prostu nie ma sobie równych. Tomek jeździł pożyczonym od znajomych samochodem, wożąc pomoc i nadzieję na Ukrainę. To nie są łatwe trasy. Mordercza ilość kilometrów robiona w krótkim czasie. Drogi, w których „dziura” oznaczać może lej po bombie, albo widok resztek zbrojenia i ulicę poniżej, bo akurat jedzie się wiaduktem. Stres, bo nad głową bomby, a na czek-postach czasami nerwówka. Dramaty i tragedie ludzi po drodze.
Tomek po dwóch miesiącach jazdy właśnie kuruje się w domu. Organizm powiedział „pass” i choróbsko rozłożyło go na łopatki. Trzymajcie za niego kciuki, a jak ktoś jest z okolicy, to podrzućcie domowy rosołek, albo kawałek pysznego ciasta, żeby szybciej wrócił do zdrowia. Należy mu się jak mało komu.

Szereny

A oto jego słowa kierowane do kolegów – właścicieli samochodu, którymi pozwolił mi się z Wami podzielić.

„Dzień dobry Panowie.
Pozwólcie że Wam opowiem dlaczego zepsułem Wasz samochód.

Po pierwsze Wasz samochód  przez ostatnie dwa miesiące zrobił ponad 12 000 kilometrów. Był w miejscach niesamowitych, pełnych obrazów i emocji które będą z nim już na zawsze.
Najpierw oczywiście jeździł do Lwowa, gdzie woził mnóstwo dóbr i zabierał z dworca ludzi uciekających przed grozą wojny. Na lwowskim bruku na pewno stracił kawałek zawieszenia. Potem zaczął jeździć dalej. Był w Żytomierzu, gdzie policjant mu zasalutował tylko dlatego że był na polskich blachach, był w Berdyczowie, gdzie kobieta chciała mu wepchnąć syna żeby go wywieźć do Polski (samego), był w Kijowie gdzie manewrował między wrakami czołgów,  był w Charkowie, gdzie widział ludzi w panice uciekających do metra (czyt. schronu) podczas alarmu rakietowego, ale widział też niesamowitą dobroć ludzi rozdających ciepłe posiłki, był w pięknej Odessie, którą chętnie by zwiedził kiedy już nie będą na nią spadały rakiety zabijające w domach kobiety z dziećmi,  był w Mikołajowie, gdzie widział tysiące ludzi ustawiających się w kolejkach do beczkowozów po wodę, był pod Chersoniem, gdzie w dzikiej akcji zbierał ludzi uciekających przez pole minowe, oraz w wielu innych miejscach gdzie przywiózł trochę nadziei w postaci jedzenia dla niemowląt, trochę wytchnienia w postaci morfiny lub insuliny, lub po prostu pieluchy.

Często służył po prostu jako chwilowy azyl, gdy w czternastostopniowym mrozie chowały się do niego matki z dziećmi, żeby choć na chwilę się ogrzać. Już wiem że na trzech środkowych siedzeniach pomieścić można osiem osób.

Niektóre rzeczy zostały zniszczone przez przypadek, a niektóre specjalnie. Jak na przykład plastik po prawej między drzwiami, w który całą drogę ze Lwowa mały chłopiec uderzał mówiąc (bo już nie mógł krzyczeć) „mama, mama…”. Na to kobieta która z nim jechała mówiła „przecież mówiłam że mamy już nie ma…”

Na pewno poniszczone są siedzenia. Mnóstwo łez w nie wsiąkło. Łez ludzi którzy nie będą mieli do czego wracać, albo opłakują synów, mężów, ojców, których już może nie zobaczą albo po prostu ich już nie ma. Łez ludzi którzy z bezsilnością patrzą jak gwałcą ich życie. Albo się po prostu boją.

Wasz samochód jest wyjątkowy. Przez te wszystkie historie  których wysłuchał stał się unikatowy. Dbajcie o niego, traktujcie z szacunkiem. A ja się jeszcze o niego kiedyś upomnę, bo ta wojna się szybko nie skończy i trzeba będzie nieść dalej pomoc i nadzieję.”

Tomasz Hałuszkiewicz
wolontariusz Fundacji Historia Vita

 

Czernihów – relacja Mikołaja z Frontu

Mikołaj, jest jednym z tych kierowców, którzy dojeżdżają bezpośrednio w rejon walk i intensywnych bombardowań. Działa na najwyższych obrotach od pierwszego dnia wojny. Ma wszystkie możliwe przepustki i dokumenty pozwalające poruszać się po całej Ukrainie niezależnie od godziny policyjnej. Daje z siebie wszystko i jeszcze więcej, żeby pomóc jak największej ilości osób.
Tym razem przekazuję relacje bezpośrednio od niego. Sprzed tygodnia.

Szereny

„Według dowódcy obrony terytorialnej, w Chernigovie zginęło 1500 kobiet i dzieci. Rosjanie zbombardowali bibliotekę, która była na liście Unesco. Stadion w Chernigovie, na którym chowali się ludzie, szpital miejski, osiedla mieszkalne. A to 3% tego co tu się wydarzyło. Są dzielnice, które Rosjanie zrównali z ziemią. Udało nam się dostarczyć leki i stazy, jedzenie, pampersy i spec medycynę, (insulinę, morfinę, przyrządy chirurgiczne). Na dwa samochody…, a potrzeba sto razy tyle.”

Mikołaj

https://goo.gl/maps/dAGoBHUFeUkVu7SQ7
Czernihów, Obwód czernihowski, Ukraina, 14039

 

11 kwietnia – Droga do Charkowa

Droga do Charkowa – kolejna tura zaopatrzenia z Fundacją Historia Vita

Z samego miejsca nie możemy Wam na razie pokazywać zdjęć i filmów. Wiadomo dlaczego.
Macie kilka zdjęć z przelotu na trasie do Charkowa.

Jeśli jesteś osobą wierzącą, szepnij słowo za naszymi kierowcami i ich pasażerami, żeby bezpiecznie wracali z każdej trasy do bazy. Jeśli nie jesteś, trzymaj mocno kciuki i wysyłaj pozytywne wibracje, czy co tylko Ci przyjdzie do głowy, aby dodać im sił i wspomóc.

A jeśli chcesz dorzucić się do paliwa, żeby było za co nadal jeździć i wysyłać kolejne transporty z zaopatrzeniem na wschód Ukrainy, kliknij tutaj:

Irpin i Bucza – po drodze z transportem zaopatrzenia

Jeździmy nadal z zaopatrzeniem. Dzięki Wam, jeszcze dajemy radę i będziemy jeździć do ostatniej kropli paliwa, jaką uda nam się zdobyć.

Kierowcy tacy jak Maciek, którego relację widzicie poniżej, oglądają straszne i przygnębiające rzeczy. Obraz wojny i zniszczeń, jakie po sobie zostawia, jest nie do opisania.

To były domy, miasta i miejsca do życia dla wielu ludzi. Nie którym nie udało się uniknąć bombardowania. Inni uciekli na zachód i schronili się nie tylko poza granicami, ale też w spokojniejszych rejonach kraju. Część z nich nie ma do czego wracać. Stracili wszystko…

 

Pomóż nam pomagać.

PILNE: Transport dotarł do Charkowa

Wieści z trasy…

Transport dotarł do Charkowa.
Odsłaniamy kulisy trasy po drodze.

Docieramy na wschód Ukrainy z pomocą humanitarną. Pomóż nam tankować samochody.

Pralki dotarły do wojska na Ukrainę

Pralki w Żytomierzu

Mało kto myśli o tak przyziemnych sprawach, jednak mundur, nawet w warunkach wojennych, czasami dobrze jest wyprać.

Jakiś czas temu dostaliśmy nietypową listę zapotrzebowania od wojskowych na pralki do jednostki. Mówisz – masz 😉
Dzięki Wam pralki dotarły do naszego magazynu w Przemyślu, a stamtąd, z pomocą naszych niezmordowanych kierowców i z resztą pomocy humanitarnej pojechały do jednostki.

Pomóż nam dowozić zaopatrzenie dla walczących o wolność, również naszą.